W fazie miłosnego zauroczenia idealizujemy swoich partnerów, a oni też starają się pokazać z jak najlepszej strony. To czas widowiskowej autoprezentacji przypominający ptasie gody. W tej fazie budowania relacji trudno jest poznać czyjąś osobowość, a szczególnie to, co ukryte w cieniu. Nie dość, że wspomagani przez hormony oferujemy sobie nawzajem nasze najbardziej atrakcyjne wersje, to jednocześnie patrzymy na partnera przez upiększające okulary. Bagatelizujemy zachowania, które w innej sytuacji uznalibyśmy za niepokojące, wady nie wydają się nam wadami, a niedoskonałości nas rozczulają. A jeśli ktoś skrytykuje obiekt naszych zachwytów, to wypada z listy znajomych.
Wraz z nieuchronnym końcem tego – czasami wieloletniego -“miodowego miesiąca”, gdy rajski ptak okazuje się kogutem, słodka sikoreczka wroną, orzeł sępem itd., okazuje się, że łączy nas już tylko wspólny kredyt lub/i dziecko – za późno na wymiksowanie się bez ponoszenia trudnych konsekwencji. Wtedy musimy szybko pojąć, że utrata złudzeń jest bezcenną – niestety z reguły niedocenianą – okazją do fundamentalnej refleksji nad sobą. Pod warunkiem, że nie ulegniemy potężnej pokusie uciekania od tej refleksji poprzez czepianie się i wytykanie partnerowi/partnerce jego/jej ograniczeń, wad i kompleksów.
Wzajemne obwinianie się i oskarżanie, choćby najbardziej uzasadnione, eskaluje napięcie i prowadzi donikąd.
Lepiej zacząć jak najszybciej namierzać źródło naszych własnych ograniczeń i kompleksów, które prawie zawsze leży we wczesnym dzieciństwie i okresie dojrzewania, w relacjach i wzorcach rodzinnych. To tam powstają nasze dziecięce niedobory i zranienia emocjonalne, które nieświadomie i nieadekwatnie wnosimy w dorosłe życie i związki z ludźmi. Związek z człowiekiem, który odbieramy jako konfliktowy czy toksyczny, powinien przede wszystkim skłonić nas do zadania sobie kilku ważnych pytań: Co sprawiło, że związałam/em się właśnie z taką osobą? Jakie niespełnione, przeniesione z dzieciństwa potrzeby usiłuję zaspokoić w tej relacji? Jakie moje przekonania na własny temat za tym się kryją?…itp.
Bo tylko zrozumienie własnych niedoborów i ograniczeń – a potem porzucenie płonnej nadziei, że to, czego tak bardzo zabrakło nam w dzieciństwie, ma szansę przydarzyć się w naszych dorosłych relacjach – może sprawić, że nasz dorosły związek stanie się harmonijny i satysfakcjonujący. W przeciwnym razie w naszych dorosłych związkach będziemy nieświadomie replikować traumy i frustracje naszego dzieciństwa i dorastania, przeżywając na nowo związane z tym cierpienia, emocje i resentymenty – lub marnować potencjał bardzo dobrych wyborów w imię fałszywego przekonania, że nam się szczęście nie należy.
Poznawanie naszych wczesnych, emocjonalnych frustracji, zranień i niedoborów w psychoterapii nazywa się pracą z “wewnętrznym dzieckiem”. Chodzi w niej nie tylko o to, aby przypomnieć sobie trudne doświadczenia dziecka, którym byliśmy, lecz także o to, by uznać i docenić to, że zrobiło ono wszystko co mogło, aby emocjonalnie przetrwać w niesprzyjającym – a nierzadko wręcz w groźnym i represyjnym – otoczeniu dorosłych i rówieśników. Tylko serdeczne zrozumienie, docenienie i wdzięczność dla dziecka, którym kiedyś byliśmy, przywrócić nam może prawdziwe i ugruntowane poczucie bezpieczeństwa, godności i wartości. Wtedy dopiero będziemy zdolni do budowania dobrych, zdrowych związków – wolnych od nierealistycznych oczekiwań, rozczarowań, frustracji i gniewu. Innymi słowy, będziemy zdolni do miłości prawdziwej – czyli ufnej, szczerej i pogodnej.