Lans, autokreacja, autopromocja, dążenie do jak największej popularności pochłania ogrom naszego czasu i energii. Zapominamy, że popularność jest śmiertelnym wrogiem indywidualności. Tym bardziej, że jest potężnie stymulowana i podtrzymywana przez zarabiające na tym portale społecznościowe. W rezultacie uzależniamy się od lansowania naszych fałszywych wizerunków służących zdobywaniu fałszywej popularności. Na własne życzenie stajemy się towarem. Jednocześnie lekceważymy, zaniedbujemy i porzucamy nasze realne związki z realnymi ludźmi. Bo ci, którzy nas naprawdę znają nie kupują naszego lansu. Widzą, jak bardzo nasz lans odbiega od tego co prezentujemy w realu – więc stają się dla nas niewygodni. W rezultacie tych zabiegów, prędzej czy później, lądujemy w czarnej dziurze lęku przed demaskacją, w samotności, w pustce i zagubieniu. Cierpimy na bezsenność, depresję, na niezrozumiałe bóle i autoagresywne choroby. Wpadamy w uzależnienia od substancji i od przymusowych/ obsesyjnych zachowań.
To znaczy, że czas by się obudzić i pomyśleć, że być może w ten sposób domaga się zadośćuczynienia nasza zapomniana potrzeba bycia i życia w zgodzie z prawdziwym sobą.
Jeśli ta diagnoza się potwierdzi to rozpoczniemy podróż trudną, okresowo bolesną lecz w istocie piękną i satysfakcjonującą. Można ją porównać do podążania pod prąd wzburzonej, zanieczyszczonej rzeki, by w końcu dotrzeć do jej czystego, potężnego źródła – albo też do procesu wychodzenia z uzależnienia prowadzącego przez bolesną fazę detoksu i odwyku by w końcu osiągnąć zdeterminowaną, podmiotową abstynencję.
Tak więc pierwszym koniecznym etapem drogi do naszego autentycznego Ja, będzie rezygnacja ze świadomie fałszowanej autokreacji. Zarówno z tej budzącej zazdrość i podziw, pełnej sukcesów, osiągnięć i blasku, czy też z budzącej współczucie ofiary losu, nieudacznika i pechowca. A także z autokracji nieomylnego mędrca, czy ziejącego nienawiścią i pogardą hejtera – czy też nieskazitelnego świętego lub niepoprawnego grzesznika. Ten etap podroży można porównać do detoksu.
Gdy przejdziemy tę trudną fazę odkryjemy to, co było ukryte pod grubą warstwą pudru i pozoru. Będzie to wtedy nasz charakter/osobowość.
Ukształtowany przez nasze doświadczenie dzieciństwa i dojrzewania, przez przydarzające się nam traumy, krzywdy i zdrady, przez wpływ mniej lub bardziej nieszczęśliwych i pogubionych rodziców, represyjnej szkoły, języka, obyczaju, norm i wartości środowisk, w których żyliśmy i dojrzewaliśmy. Doświadczać też będziemy silnych zapomnianych uczuć, bo otworzą się stare emocjonalne zranienia i rozczarowania. Na początku wydawać nam się będzie, że nasze uczucia, reakcje i zachowania są teraz autentyczne i spontaniczne. Jednak z czasem zorientujemy się, że jeszcze nie nasze autentyczne Ja. Zrozumiemy, że kierujemy się przeniesioną z naszego dzieciństwa w dorosłe życie strategią przetrwania, która była sposobem na czucie się w miarę bezpiecznymi wśród, obyczajów, zasad i ludzi tamtego czasu. Zobaczymy też, że nasze przeniesione z dzieciństwa emocje, przekonania i zachowania są nawykowe, automatyczne i powodują wiele zamieszania w naszym dorosłym życiu. To czas na to, byśmy z szacunkiem, akceptacją i zrozumieniem zajęli się tym naszym obolałym wewnętrznym dzieckiem, a tym samym czas by porzucić nadzieję, że jego niezaspokojone potrzeby zostaną zaspokojone w naszym dorosłym życiu.
Gdy w końcu przedrzemy się przez warstwy lansu i pozorów, gdy docenimy i uspokoimy nasze wewnętrzne dziecko. to wreszcie zaczniemy coraz częściej doświadczać siebie autentycznych – czyli spokojnych, pogodnych, kreatywnych, współczujących i kochających. Na tym etapie medytacja, która pozwala złapać dystans do nawykowej i nieaktualnej zawartości naszych umysłów, może nam w tym bardzo pomóc.