Wciąż pokutuje przekonanie, że ojciec jest „od syna”, a córka to domena matki. Nic bardziej mylnego. Jak wygląda ojcostwo w XXI wieku? Dlaczego mężczyzna, który wychowuje córkę, odbywa prawdziwą podróż w głąb siebie? W tym wywiadzie Marcin Grudzień, psychoterapeuta, opowiada o zmianach w podejściu do ojcostwa, o wyzwaniach, które stoją przed współczesnymi ojcami, i o tym, jak relacja z córką pozwala im redefiniować własną męskość.
Po co ojcu córka? Tradycyjnie uważa się, że bardzo często ojcowie chcą mieć syna i dosyć dobrze wiadomo, dlaczego. Ojciec ma w głowie wizję, jak przekaże synowi swój wzorzec, będzie z nim grać w szachy czy chodzić na ryby, grać w piłkę etc. Ma poczucie przedłużenia własnej osoby i rodu. No a córka? Po co ojcu potrzebna jest córka?
Marcin Grudzień: Dla wrażliwego ojca, który nie ucieka od bliskości w relacjach z dziećmi, mądre towarzyszenie córce w stawaniu się kobietą, to jest bardzo ważne doświadczenie. Pozwala zrozumieć doniosłość i zarazem delikatność tej przemiany, jej możliwe komplikacje, meandry i zagrożenia. Ojciec doświadcza inności i odmienności świata dziewcząt i kobiecości. Żeby doświadczył tego w pełni, potrzebuje wyjść ze strefy komfortu w swojej roli ojca. Potrzebuje przyjrzeć się swoim relacjom z najważniejszymi kobietami jego dotychczasowego życia, przyjrzeć się przekonaniom na temat kobiet i kobiecości. To niezwykle rozwojowe wyzwanie.
Ponadto doświadczenie relacji ojca i córki jest ojcu potrzebne do tego, żeby pozbywać się różnych przekonań związanych z patriarchatem. Właściwie chęć budowania bliskiej relacji z córką, gotowość do stąpania po tej nieznanej ziemi, jest drogą do odrzucenia patriarchalnych przekonań, w ramach których rola ojca córki jest drugoplanowa. Angażowanie się ojców w budowanie bliskiej i bezpiecznej relacji wydaje się ważne przede wszystkim dla przyszłości córek, ale także w wymiarze społecznym – można potraktować to zadanie wkategoriach, w których obecnie nauczyliśmy się myśleć, jako drogę do odrzucenia albo przynajmniej zanegowania dogmatycznych zasad ciemnych stron patriarchatu.
Jakie korzyści odnosi ojciec z relacji z córką na późniejszych etapach życia? Wszak to, co zasiejesz na początku, potem będziesz zbierać.
MG: Pierwsza odpowiedź, która mi przychodzi do głowy, jest taka, że relacja ojca z córką, jeśli jest zbudowana na fundamentach bezpieczeństwa i bliskości, pozwala córce na budowanie bliskich i bezpiecznych relacji z mężczyznami. Także z samym ojcem. Z perspektywy ojca myślę w związku z tym o satysfakcji ojcowskiej. To znaczy, że on widzi, że jego wkład, jego praca, jego zaangażowanie w tę relację przyniosły satysfakcjonujący efekt w postaci córki, która radzi sobie w dorosłym życiu i świecie, buduje zdrowe relacje. Taka córka potrafi realizować siebie w świecie zewnętrznym, potrafi realizować swoje pomysły, wyraża siebie. Jednocześnie korzyścią może być mentorska rola ojca a także mądre wsparcie, którego dzieci, nawet te dorosłe, pragną niekiedy na różnych etapach swojego życia.
Jakie różnice widzisz w podejściu do ojcostwa w różnych pokoleniach? Czy współcześni ojcowie mają trudniej i jeśli tak, to dlaczego?
MG: Obecnie dokonuje się ogromna zmiana, jeśli chodzi o zaangażowanie ojców w relacje ze swoimi dziećmi, w porównaniu z wcześniejszymi pokoleniami. Wielu ojców rozumie, że zajmowanie się małym dzieckiem, także niemowlęciem, jest podstawą tworzenia przez ojców nowej jakości więzi. Badania pokazują, że u mężczyzn zajmujących się niemowlętami – kąpiących je, noszących na rękach, karmiących, bawiących się z nimi – znacząco wzrasta poziom oksytocyny, hormonu wspomagającego tworzenie bliskich związków. Obecność, uwaga i czułość ojca jest niezwykle ważna i tworzy wraz z wzorem relacji ojca z matką kompletny fundament nauki o relacjach.
Niesie to ze sobą korzyść dla synów i córek oraz wiele wyzwań dla samych ojców. Jest im trudniej, bo podejmują różnego rodzaju ojcowskie wyzwania, starają się budować bliskie relacje ze swoimi dziećmi, nie mając tak naprawdę najczęściej dobrych wzorców pokazujących, co to znaczy być ojcem syna albo ojcem córki. O ile w przypadku relacji z synami zasobem jest fakt, że oni sami kiedyś byli chłopcami, to w przypadku relacji z córkami to jest działanie na ziemi obcej. Właściwie śmiało można powiedzieć, że modele ojcostwa zmieniają się i dopiero kształtują na naszych oczach. Ojcowie szkolą się, zaczęli rozmawiać z innymi ojcami o swoim ojcostwie, niektórzy zmieniają swoje zawodowe życie, żeby spędzać więcej czasu w konstruktywny sposób ze swoimi dziećmi, wielu z nich próbuje odnaleźć odpowiedź na pytanie, jacy mają być, w jaki sposób mają być obecni w życiu swoich dzieci. I to są realne trudności, z jakimi się mierzą. Natomiast z drugiej strony te trudności przynoszą wiele korzyści w relacjach z dziećmi, ale też w relacjach z żonami, partnerkami.
Kiedyś uważało się, że mężczyzna generalnie nie powinien okazywać słabości. Teraz trochę inaczej się na to patrzy. Czy uważasz, że ojcowie mogą sobie pozwolić na okazywanie słabości wobec córek? Jaki to ma wpływ na obraz mężczyzny w ich oczach?
MG: Zmiany w obrazie ojcostwa dotyczą także sfery uczuć i emocji. Wielu ojców rozumie już, że obok dostępności fizycznej ich córki potrzebują dostępności emocjonalnej. Można powiedzieć, że córki potrzebują takiego herosa z ludzką twarzą. Nie wyobrażam sobie, żeby autentyczna relacja ojców z córkami nie obejmowała wyrażania przez nich różnego rodzaju form słabości. W gruncie rzeczy, gdyby się zastanowić, bez tego obraz ojca w oczach córki jest obrazem niepełnym, nieautentycznym, nieszczerym. Jeśli ojciec ma być wzorem, punktem odniesienia dla budowania relacji z mężczyznami, można by powiedzieć, że wówczas dziewczęta dostają jakiś wzorzec relacyjny, który jest wzorcem ułomnym, niepełnym.
Doświadczenie ojca, który jest żywy emocjonalnie, wyraża różnego rodzaju uczucia wobec świata, żony czy córki, który mierzy się z jakimś rodzajem bezradności, z różnego rodzaju formami przeżywania straty, żałoby w życiu, jest doświadczeniem bardzo istotnym. To jest bardzo konkretna forma budowania bliskości i bezpieczeństwa w relacji z mężczyzną. Oczywiście ten wyraz ojcowskiej emocjonalności nie może sprawiać, że córka jest tym obciążona i wchodzi na przykład w rolę opiekunki ojcowskich słabości.
Marcin Grudzień
Marcin Grudzień
Pracuje z pacjentami indywidualnymi i rodzinami w ramach Pracowni Bliskich Relacji. Od lat prowadzi warsztaty rozwojowe i grupy wsparcia dla mężczyzn, m.in. na temat relacji ojców z córkami i z dziećmi z niepełnosprawnościami oraz męskie kręgi. Od 2015 r działa w Fundacji Masculinum, wspierając aktywnie mężczyzn.Publikuje w prasie specjalistycznej i udziela wielu wywiadów na temat problematyki współczesnej męskości i ojcostwa .Jest ojcem dwóch córek
Współczesny człowiek coraz częściej żyje w przekonaniu, że stres jest czymś, z czym należy się uporać. Podejście polegające na zwalczaniu stresu jest z góry skazane na porażkę. Ze stresem nie da się wygrać. Walka sama w sobie jest bowiem formą stresu, więc dokładanie jej do układu nerwowego nie prowadzi do ulgi, ale do eskalacji.
Aby zrozumieć to, co dzieje się między matką a córką, trzeba spojrzeć szerzej niż na samą relację – także na własne doświadczenia z dzieciństwa i rodzinne wzorce. To, co matka daje córce, nie jest wyłącznie wynikiem jej osobistych wyborów. W dużej mierze odtwarza to, czego sama doświadczyła w relacji ze swoją matką.
Przez długi czas psychologia koncentrowała się przede wszystkim na cieniu. To, co wyparte i mroczne, stało się centralnym obszarem pracy terapeutycznej i tak zdominowało myślenie o psychice, że zaczęliśmy wierzyć, iż człowiek składa się głównie z tego, co boli i wymaga naprawy. Tymczasem cień to tylko połowa obrazu człowieka.
Jedną z najgłębszych ran w relacjach jest potrzeba bycia wybraną. Nie jest to zwykłe pragnienie miłości czy bliskości, lecz głęboka, często nieuświadomiona potrzeba potwierdzenia własnej wartości poprzez drugą osobę. Dla wielu kobiet bycie wybraną oznacza: jestem wystarczająca, jestem ważna, zasługuję na miłość.
Na poziomie psychologicznym intensywność bardzo często nie jest wyrazem miłości, lecz sposobem regulowania wewnętrznego braku bezpieczeństwa. Nie dzieje się to świadomie – jest raczej próbą poradzenia sobie z lękiem, niż dowodem emocjonalnej niedojrzałości.
Ego zaczyna być traktowane nie jako centrum tożsamości, lecz jako obiekt obserwacji. Coś, na co można spojrzeć z dystansu i czego nie trzeba bezkrytycznie słuchać. To przesunięcie jest subtelne, ale ważne. Oznacza odejście od utożsamiania się z każdym impulsem i reakcją.
W sytuacji, w której poczucie bezpieczeństwa wyraźnie się chwieje, każdy z nas – mniej lub bardziej świadomie – staje przed pewnym wyborem. Można powiedzieć, że są dwie zasadnicze drogi reagowania na kryzys, który dziś przeżywamy jako jednostki i jako cywilizacja. Każda z nich prowadzi do zupełnie innych konsekwencji.
Strach i lęk rzadko objawiają się dziś w sposób spektakularny. Zazwyczaj nie wyglądają jak atak paniki ani wyraźny kryzys. Znacznie częściej działają subtelnie, wpływając na codzienne decyzje i wybory, które z czasem zaczynają porządkować całe życie.
Lęk nie jest komunikatem o tym, że coś z nami jest nie tak. Jest informacją, że organizm znalazł się w stanie, z którym trudno mu sobie poradzić. Dopiero kiedy Kiedy zaczynamy słuchać tego sygnału i traktować lęk jako informację, zamiast z nim walczyć, pojawia się przestrzeń na realną zmianę.
W kulturze, która czci młodość i szybkość, starość często opisywana jest jak porażka – koniec, który należy odwlec lub ukryć. A przecież w naturalnym planie ludzkiego życia późniejsze lata nie są karą ani końcem. To czas, który pojawia się, by przestać biec, udowadniać światu, dopasowywać się do stereotypów i oczekiwań.